wiadomości - Moda & Uroda

stat

Zmysłowe sukienki i kimona. Wywiad z właścicielką marki Nalu Bodywear

Nalu Bodywear to przede wszystkim sukienki i kimona.
Nalu Bodywear to przede wszystkim sukienki i kimona. fot. Lucyna Pęsik/Trojmiasto.pl

Udowadnia, że osoba z duszą artystyczną może odnaleźć się w biznesie. Wystarczy, że będzie tworzyć takie ubrania, które sama chętnie nosi. Najlepiej czuje się w otoczeniu przyrody i to z niej czerpie inspiracje do tworzenia kolejnych kolekcji ubrań Nalu Bodywear. Jej sukienki i kimona zdobyły rzeszę wiernych fanów, a ona nadal się dziwi, że można tak pięknie żyć, robiąc to, co sprawia jej przyjemność. Zapraszamy na wywiad z Aleksandrą Hanuszewicz w cyklu Trójmiejscy projektanci.



Katarzyna Lepianka Głuszkiewicz: Co to jest Nalu Bodywear i od kiedy istnieje?

Aleksandra Hanuszewicz: Pierwsze, co przychodzi mi na myśl, to: kwieciste sukienki. Pomysł zrodził się dwa lata temu, kiedy mieszkałam na wsi i byłam ciągle otoczona przyrodą. Tam pojawiła się myśl przeniesienia tych wzorów na ubrania. To był też moment, kiedy musiałam sobie odpowiedzieć na pytanie: co chcę dalej robić w życiu? Wiedziałam, że na etacie się nie odnajdę, że mam duszę artystyczną i muszę mieć swobodę działania. Nie do końca pamiętam teraz dokładny moment, kiedy to się wszystko stało, nabrało tempa. Miałam na pewno bardzo dużo pomocy z zewnątrz, mogę powiedzieć, że wszechświat mi sprzyjał (śmiech).

Przykładem jest to, że pierwszego lata przyjechała do mnie przyjaciółka fotografka razem z koleżanką modelką, ktoś zobaczył moją sukienkę i chciał od razu ją sprzedawać w swoim sklepie. I wiele innych było takich sytuacji, które same nakręcały tę działalność. Brakowało mi na początku jeszcze odwagi, żeby wyjść z nową marką odzieżową do świata, kiedy jest taki ogrom rzeczy na rynku.

Wydarzenia w tym tygodniu w Trójmieście


Sama projektujesz i szyjesz ubrania?

Na początku szyłam wszystko sama. Cała historia zaczęła się od tego, że poszłam na kurs szycia w Krakowie. Poza tym moje dwie babcie były aspirującymi krawcowymi - więc w pewnym sensie mam to po nich. Nie miałam pojęcia, że w ogóle zaczyna być moda na polskie marki odzieżowe czy na rzemieślnictwo - po prostu stworzyłam coś, co miałam w swojej głowie. Dopiero gdy wyszłam z tym do świata, to zobaczyłam, ile jest ciekawych marek, i trochę mnie to przeraziło. Nie byłam wtedy profesjonalna, zaczynałam z zerowym budżetem, pierwsza sesja miała miejsce na łące za domem z koleżankami, a jednocześnie proponowałam produkt premium. Więc trudno było wyjść z punktu niedowartościowania. Na szczęście to już jest za mną. Obecnie szycie ubrań zlecam krawcowej i poszukuję kolejnej do współpracy.

Czy można powiedzieć, że twoje ubrania są romantyczne?

Na pewno są ultrakobiece, ale nie słodkie. Czuję, że jest w nich pewna zmysłowość i delikatny pazur, przynajmniej ja tak myślę. Natomiast od początku działalności słyszę, że moje sukienki są zwiewne i eteryczne, a ja uważam, że nie do końca, albo przynajmniej nie tylko takie.

Tworzysz głównie sukienki i kimona: skąd zamiłowanie do tego rodzaju ubrań?

Dla mnie wzór kimona jest bardzo sensualny. Jak wyobrażam sobie, kto zakłada takie kimono, to jest to kobieta bardzo świadoma swojego ciała. Dlatego w każdej kolekcji kimono powraca i w kolejnej zapewne też będzie, bo to jest, według mnie, ubranie idealne.


Pochodzisz z Trójmiasta? Dobrze ci się tu żyje i pracuje?

Pochodzę ze Słupska, a od kwietnia jestem gdynianką. Jestem pod wrażeniem tego miasta. Wcześniej mieszkałam też w Krakowie i w Portugalii, ale uznałam, że Trójmiasto to jest jedyne miasto, do którego mogę wrócić. Mieszkałam ponad dwa lata na wsi i nie chciałam się stamtąd wyprowadzać, ale stwierdziłam, że jestem trochę za młoda, żeby zostać pustelnikiem, więc zdecydowałam się zamieszkać w mieście. Plusem Gdyni jest to, że jest tu bardzo dużo zieleni, przestrzeni i dzięki temu czasami można zapomnieć, że jest się w mieście.

Za co można polubić twoje ubrania?

Przede wszystkim za to, że można się w nich poczuć bardzo kobieco. Są dla kobiet, które mają w sobie dozę romantyzmu, tęsknoty do dawnych czasów - to jest coś, w czym one się odnajdą. W pewnym sensie moje ubrania to cofnięcie się do dawnych czasów. Wydaje mi się, że klientki lubią Nalu za całą aurę, która jest wokół tego, i za to, że jest to coś autentycznego i można poznać mnie, proces twórczy, zobaczyć, jak to wszystko działa. Chętnie się tym dzielę w social mediach.

Kolejna rzecz to po prostu jakość ubrań. Korzystam z wiskozy, czyli półnaturalnej tkaniny z celulozy drzewnej, ale - w przeciwieństwie do bawełny - dostępna jest w wielu wzorach, nie tylko jednolitych kolorach. Zdecydowałam się również na polski len, a cała produkcja odbywa się w naszym kraju. To jest dla mnie ważne, żeby zasilać lokalny rynek. Staram się też być transparentna w cenach - zrobiłam nawet post o tym, co się składa na cenę danego produktu. Obecnie szukamy również ciekawej fundacji, którą chcielibyśmy wspierać.

Chyba każdy, zakładając swoją markę, wybiera sobie motto przewodnie, wyznacza główny cel, kieruje się jakąś nadrzędną ideą. Co dla ciebie było takim drogowskazem albo jest teraz?

Takimi głównymi hasłami przewodnimi są sesje zdjęciowe i kolekcje, przy których to słowo nadrzędne wychodzi w ostatniej chwili. Dobrym przykładem jest hasło ostatniej sesji, która się nazywa Vive y Respira, czyli Żyj i Oddychaj. Przyjechałam do Hiszpanii, gdzie miałyśmy robić sesję, byłam zmęczona i zestresowana po dwóch intensywnych miesiącach. Po przyjeździe miałam chwilę, żeby przejść się plażą, wypić kawę i pomyślałam, że wystarczy właśnie "żyć i oddychać". Jest to może hasło zbyt filozoficzne, ale dla mnie to była esencja tej chwili. Teraz chodziła za mną "moc i siła" i w tę stronę poszłam z nową kolekcją.

Co jest najtrudniejsze w byciu projektantką i właścicielką firmy?

Materialny aspekt rzeczywistości (śmiech). W projektowaniu sprowadza się to do pilnowania każdego centymetra. Poza tym na pewnym etapie rozwoju firmy musiałam zrezygnować z samodzielnego szycia. Aby móc zająć się formalnościami, promocją i sprzedażą, musiałam oddelegować te zadania mojej krawcowej. Natomiast swoją potrzebę tworzenia przeniosłam na kreowanie biznesu, co też przynosi mi satysfakcję.

Tym, co uwielbiam w tym biznesie, są z pewnością sesje fotograficzne. Największym wyzwaniem jest na pewno dla mnie planowanie: jest mi trudno przygotowywać np. przyszłoroczną kolekcję, bo staram się, żeby każda z nich była spójna ze mną i z tym, na jakim etapie mentalnie jestem w swoim życiu. Dlatego plany biznesowe raczej ograniczają się do kilku miesięcy do przodu.

Jeśli nie szyjesz, nie projektujesz, to co wtedy robisz, gdzie lubisz spędzać czas?

Ostatnio złapałam się na tym, że mam za mało czasu wolnego, bo kiedy jesteś artystą, to tworzysz cały czas. Twoje życie jest sztuką i pomysły przychodzą do ciebie przy śniadaniu, zasypianiu i podczas spaceru. Dlatego trudno jest rozgraniczyć czas pracy od czasu wolnego. Natomiast to, co mnie najbardziej cieszy, to przebywanie na łonie natury - i to staram się kultywować jak najwięcej. Poza tym bardzo lubię tańczyć i śpiewać, więc to jest coś, co daje mi dużo siły. Interesowało mnie zielarstwo przez długi czas i uprawianie ogródka.

Jak chcesz rozwijać Nalu?

Chciałabym, żeby Nalu było coraz bardziej samodzielne. Zawsze mówię, że ja jestem głównie artystką, a bizneswoman dodatkowo, dlatego chciałabym mieć czas na tworzenie, kreowanie. Nalu jest takim konstruktem, które pozwala mi mieć piękne życie: mam swobodę działania i nie wyobrażam sobie, żeby ktoś był dla mnie szefem. Chcemy również rozwinąć nasze atelier w Gdyni, do którego już teraz zapraszam wszystkich zainteresowanych, żeby móc dotknąć nasze ubrania na żywo.

Gdybyś mogła porozmawiać ze sobą, zanim założyłaś firmę, to co byś sobie wtedy powiedziała, doradziła?

Powiedziałabym sobie: nawet nie wiesz, ile masz w sobie siły.

Opinie (20) 7 zablokowanych

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najnowsze artykuły

wydarzenia