wiadomości - Sport

Gdy cena nie gra roli: konie warte miliony

Wyścigi konne to wydarzenia, na które przybywają ludzie zamożni i wpływowi. Najsłynniejszą tego typu imprezą są te organizowane w Royal Ascot Racecourse w Wielkiej Brytanii. W gronie obserwatorów zasiada m.in. brytyjska rodzina królewska.
Wyścigi konne to wydarzenia, na które przybywają ludzie zamożni i wpływowi. Najsłynniejszą tego typu imprezą są te organizowane w Royal Ascot Racecourse w Wielkiej Brytanii. W gronie obserwatorów zasiada m.in. brytyjska rodzina królewska. fot. Fotolia

Sporty konne to jedne z najbardziej lukratywnych dziedzin na świecie. Jazda wierzchem, rodeo, skoki, woltyżerka. Wszystkie te dyscypliny mogą być bardzo dochodowe i uchodzą za sporty elitarne. Jednak jeszcze większe pieniądze niż wokół dyscyplin konnych krążą w finansowym krwiobiegu hodowli czempionów.



Niektóre konie rodzą się po to, żeby biegać niesamowicie szybko. Inne mają za zadanie przeskakiwać dwumetrowe przeszkody, jeszcze inne - po prostu ładnie wyglądać. W każdym przypadku czempion w swojej dziedzinie jest arcydrogim zakupem. Podczas gdy przeciętna wartość konia gospodarskiego waha się między 3-4 tys. zł, cena najlepszego w swojej klasie wierzchowca wydaje się nie mieć górnej granicy.

Wielu pewnie zastanawia się, co powoduje czasem wręcz absurdalne ceny za - bądź co bądź - zwierzę hodowlane? Co sprawia, że koń potrafi kosztować tyle, co luksusowy apartament na najwyższym piętrze drapacza chmur? Bo przecież da się też kupić wierzchowca czystej krwi arabskiej lub pełnej krwi angielskiej za 1/10 tej ceny albo jeszcze taniej. Co zatem jest głównym składnikiem ceny konia? W przypadku ekstremalnie drogich wierzchowców - przede wszystkim geny.

Konie z wyższej półki, kosztujące setki tysięcy lub nawet miliony dolarów, są odpowiednio ujeżdżone, mają swoich dietetyków, trenerów, masażystów i cały sztab innych specjalistów odpowiedzialnych za ich formę. Jednak najdroższym przedsięwzięciem w przypadku hodowli czempionów jest selekcja genów.

- To są olbrzymie pieniądze - mówi Weronika Pepiórka z gdyńskiej Szkoły jazdy Mustang. - Polska słynie z hodowli dobrej klasy wierzchowców czystej krwi arabskiej. Raz do roku niewielka miejscowość na Lubelszczyźnie zamienia się w centrum świata handlu końmi. Do naszego kraju zjeżdżają wtedy najbogatsi tego świata i kupują wierzchowce za milion euro i więcej. Koń za naprawdę duże pieniądze musi mieć tzw. "bukiet arabski", czyli zestaw cech charakterystycznych: szerokie nozdrza, duże oczy, piękną głowę, sylwetkę i przede wszystkim ruchy. Nie bez powodu niektórzy nazywają wierzchowce tej rasy "końmi fruwającymi".
Koń to nie tylko piękne i dostojne zwierzę. To także... przyjaciel.
Koń to nie tylko piękne i dostojne zwierzę. To także... przyjaciel. fot. Fotolia
Przyjrzyjmy się rekordzistom - niekoniecznie krwi arabskiej - którzy na pewno biją na głowę wszystkie inne konie pod jednym względem - kwoty, za jaką zostały kupione.

Peleton 5 najdroższych koni otwiera Seattle Dancer, który miał całkiem udane i długie życie. Urodzony w 1984, nabyty za 13,1 mln dolarów, dożył 2007 roku. Trochę mniej udane niż życie były jego osiągnięcia sportowe. Mimo astronomicznej kwoty, jaką na niego wydano i świetnych genów, jakie odziedziczył po swoim ojcu, w toku całej swojej kariery zgarnął dla swojego właściciela jedyne 167 tys. dolarów w nagrodach. Co prawda zarobił jeszcze trochę, jako dawca genów, ale w żadnej mierze nie była to kwota nawet zbliżona do ogromnych 13 milionów dolarów, jakie właściciel na niego wydał.

Kolejny rekordzista mieszka w Katarze
, który jest znany z tego, że do szeroko rozumianego osiągania celów używa pieniędzy. I chociaż większość społeczeństwa tego kraju jest raczej uboga, ci, którzy mają pieniądze, mają ich nieskończone sumy. Na przykład Jan Tops, który w 2014 roku kupił konia o nazwie Palloubet d'Halong. Potwierdziła się wtedy stara prawda, że każdy ma swoją cenę. Poprzedni właściciele wierzchowca również. Mimo że urodzone w 2003 r. zwierze podziwiali i kochali, specjalizujący się w skokach koń został sprzedany za 15 mln dolarów. Palloubet d'Halong do dzisiaj bierze udział w zawodach i wyznacza standardy światowego poziomu.

Jeszcze droższy od swoich konkurentów okazał się Green Monkey. I nie, to nie jest pomyłka, tylko imię konia, który kosztował 16 milionów dolarów. Wydawałoby się, że taka cena oraz wymyślne imię zwiastują wybuchową mieszankę i są etykietką maszyny do wygrywania. Nic bardziej mylnego. Urodzony w 2005 roku koń pobiegł w zaledwie 6 wyścigach i zarobił w ten sposób niewiele ponad 10 tysięcy dolarów.

Kolejnym bardzo drogim koniem jest Totilas, który w 2010 roku zdominował zawody z cyklu Equestrian. 10-letni wówczas wierzchowiec wygrał wszystkie liczące się wydarzenia i został pierwszym zdobywcą 90 punktów w rywalizacji. Nie wdając się w zawiłości tej specyficznej dyscypliny, trzeba w tym miejscu powiedzieć, że 90 punktów to niesamowicie imponujący wynik. Niedługo po zawodach do ówczesnych właścicieli Totilas zgłosił się niejaki Paul Schockemohle, który bardzo chciał kupić ich konia. Początkowa odmowa go nie zniechęciła, wręcz przeciwnie. Pan Shockemole wypisał czek, z wyjątkiem rubryki przewidzianej na kwotę i w tej formie podsunął właścicielom pomysł, by sami wpisali liczbę. Takiej pokusie już nie zdołali się oprzeć i wpisali liczbę 21 oraz sześć następujących po niej zer.

Nie mniej dziwnie od Green Monkey dano na imię urodzonemu w 1997 roku i kupionemu za 4 miliony dolarów w 1998 Fusaichi Pegasusowi. Jako spadkobierca wyśmienitych genów swojego ojca, miał ciężki orzech do zgryzienia. Musiał stanąć na wysokości zadania i wygrywać. W przeciwieństwie do niektórych jego kolegów po fachu, Pegasus dorósł do oczekiwań, jakie w nim pokładano i wygrał jedną z największych imprez w swojej klasie - Kentucky Derby. Nie można mieć pretensji do ówczesnych właścicieli Fusaichiego, że byli prawie w ekstazie, kiedy ich podopieczny kupiony za jedyne 4 miliony dolarów wygrał imprezę tej rangi. Zanim właściciele Pegasusa zdążyli ochłonąć, dostali ofertę, której nie byli w stanie się oprzeć i sprzedali czempiona za 70 mln dolarów.

Ale jest też inne podejście do koni, mniej merkantylne.

- Piękny koń, czystej krwi arabskiej, może kosztować zaledwie kilka tysięcy złotych. Co prawda nie jest to potomek czempionów, ale nic mu nie brakuje. Taki wierzchowiec dzięki odpowiedniemu "zajeżdżeniu" może zyskać na wartości. Ale przede wszystkim, bez względu na cenę i rasę, każdy koń może być cudownym zwierzęciem, przyjacielem i towarzyszem - mówi Marta Ziembicka z Gdyńskiego Adventure Park.
Jak się okazuje, jest jeszcze trzecie podejście, łączące dwa poprzednie. W branży mówi się o pewnym wierzchowcu imieniem Frankel. Frankel jest hodowlanym koniem wyścigowym i oprócz dobrych genów, ma też ogromny talent do biegania i naprawdę zamożnego właściciela - saudyjskiego księcia Khalid Abdullę, który po czternastej z rzędu wygranej wierzchowca w prestiżowym wyścigu Champion's Stake, rozgrywanym w Ascott pod Londynem stwierdził, że ogier stanął na wysokości zadania i może już iść na emeryturę. Jednocześnie wycenił konia na 200 milionów dolarów. Mimo zaledwie czterech wiosen, Frankel trafił do swojej rodzinnej stajni na zasłużoną emeryturę, gdzie jednak nie do końca może odpocząć.

Frankel został nie tylko jednym z młodszych emerytów, ale jednocześnie ogierem rozpłodowym. Właściciel Frankla jego "fatygę" wycenił na 125 tys. funtów brytyjskich. W pierwszym sezonie nowej roli ogier skutecznie ugościł u siebie 133 klacze. Jak łatwo policzyć, konto właściciela urosło w ten sposób o ponad 16,5 mln funtów, co przy dzisiejszym kursie równa się ponad 96 mln zł.

Opinie (31) 6 zablokowanych

  • Uwielbiam oglądać relacje z aukcji z Janowie Podlaskim. Ale mimo to, wolę podejście mojej koleżanki, która swojego ukochanego konia do jego śmierci trzymała w stajni niedaleko, biegała do niego po pracy, jeździła na nim w niemal każdy weekend i traktowała jak członka rodziny. Nie podoba mi się inwestowanie w zwierzę, jakby to były obligacje.

    • 46 10

  • Na starcie warte miliony a na "emeryturę" bądź odpukać po złamanej nodze jadą do żeźni (2)

    • 42 4

    • dokładnie :( (1)

      traktują konie jak rzecz. auto, dom, mieszkanie duzo warte i bez uczuć. A konie dokładnie tak samo czuja jak ludzie, psy i inne zwierzęta.

      • 5 2

      • tak samo jak krowy, świnie, kurczaki i inne zwierzęta, które codziennie ubijane sa w rzeźniach i zjadane. Nie widzę tu żadnego przywileju, dla którego miałoby się unikać zabijania akurat koni.

        Tak jak z karpiami. Wszystkie ryby są zabijane, duszone w sieciach, w ładowniach, ale tylko karpia trzeba uwolnić w święta. Łososie, pstrągi, śledzie, flądry - niech giną.

        • 3 0

  • (4)

    Na obu fotografiach koń jest zdecydowanie postacią drugoplanową :)

    • 65 2

    • NieKOŃiecznie

      • 15 3

    • ale koń ni ema przynajmniej makijażu tak strasznego jak na zdjęciu pierwszym postać "pierwszoplanowa'

      • 17 5

    • (1)

      W przypadku pierwszego zdjęcia mamy przynajmniej pewność, że jest na nim koń. Co do drugiej postaci pewności nie ma - może być równie dobrze człowiekiem jak i grafiką komputerową. Bardziej przypomina to drugie.

      • 0 0

      • ale to prawda

        że człowiek upodabnia sie do swojego zwierzęcia :-)

        • 0 0

  • (1)

    Lubie zwierzeta, ale czytajac artykul caly czas myslalam -czlowiek to taka glupiutka istota, np.zrobi sobie z takiego konia jakies bostwo i reszta to lyka, a kasa sie kreci :)

    • 21 9

    • Przecież ważne jest to, żeby "kasa się kręciła". Po to są snobistyczne klimaty, żeby ci, co mają kasy za dużo, nie kisili jej, tylko puszczali w obieg. Z punktu widzenia gospodarki to nie jest głupie.

      • 1 0

  • (3)

    Konie, konie, konie a na zdjęciach ...klacze

    • 16 5

    • (1)

      Pojeździłbym z tą Panią

      • 9 6

      • A nie "na"?

        • 6 2

    • Fajna klacz na pierwszym zdjęciu :)

      • 3 2

  • "Koń to nie tylko piękne i dostojne zwierzę. To także... przyjaciel."

    No fajna przyjaciółka na zdjęciu jednym i drugim.... a ci "przyjaciele" zniewoleni, w uprzęży, z wędzidłem pomiędzy zębami a językiem. Niech taki "przyjaciel" spróbuje podskoczyć to od razu pejczykiem i ostrogami w bok.
    Życie......

    • 14 8

  • żenada

    Sporty konne lukratywne buhahaha
    I mówimy jeszcze, że elitarne i wtedy zamiast miłośników w stajniach mamy elitę w stylu" dużo sprzętu mało talentu" a kupione koniki po dziesiątki tysięcy kończą w schroniskach albo szkółkach odrzucone - no się znudzily

    Konie są dla ludzi z pasja! Konia można dziś kupić od 1000 zł! A ten lukratywny interes i konie warte miliony to jedynie marny odsetek całego jeździeckiego świata, który jest niedofinansowany i trzyma się jedynie przez ciężką prace ludzi którzy kochają konie

    • 12 6

  • paranoja

    Zarówno autor jak i osoby udzielajace "wywiadu" chyba nie maja pojecia o tym co pisza...
    W obecnych czasach jezdziectwo nie jest juz sportem elitarnym a w porownaniu do tego ile wydajemy na chociazby na nauke jakiegos innego sportu dla dziecka nawet drogim...
    Zaloze sie ze zarowno w Kolibkach jak i Gdynskim Mustangu o koniach wymienionych w artykule nie rozmawiaja i byc moze nawet dowiedzieli sie o nich z tego artykulu...

    • 7 5

  • Artykuł lekko bez sensu (1)

    Takie konie po miliony dolarów to ułamek, absolutna nisza hippiki.
    To tak jakby oceniać środowisko motorsportowe przez pryzmat sprzedazy unikatowych Aston Martinów czy Ferrari lub Koengiseggów. W jednym i drugim wypadku kwoty działają na wyobraźnię ale postrzeganie hippiki przez pryzmat takich elitarnych koni to bzdura i ignoranctwo.
    99% jeźdźców jeździ na koniach kosztujących grosze, bo dla nich liczy się koń jako przyjaciel, istota żywa, ktoś z kim mozna pobiegać poćwiczyć pobawić się wspólnie a nie traktowac go jak sztabkę złota. Dodatkowo 99% jeźdźców nie stac byłoby na ułamek sum jakie są podane w tym artykule nie mówiąc już o całych kwotach. I wcale im to nie przeszkadza.

    • 11 3

    • no ale to jednak działka "deluxe"....

      ...to czego się spodziewałeś?

      • 0 0

  • konie sa cudowne (1)

    Szkoda ze mnie na taka impreze nie stac.

    • 3 4

    • Nie musisz kupić konia by na nim pojeździć.

      Ten sport trafia pomału pod strzechy i myślę, że ceny stają się coraz bardziej przystępne.

      • 1 1

1

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najnowsze artykuły

wydarzenia