wiadomości - Aktualności

stat

Magdalena Cielecka: pomaganie jest tak naturalne, jak oddychanie

Najnowszy artukuł na ten temat

Tonia Ugwu: piękna Nigeryjka z Trójmiasta

Magdalena Cielecka w Zatoce Sztuki w ramach projektu dobroczynnego "Serca Gwiazd".
Magdalena Cielecka w Zatoce Sztuki w ramach projektu dobroczynnego "Serca Gwiazd". Fot. Monika Goldszmidt-Czarniak/trojmiasto.pl

Kamera ją kocha, a ona starannie czyta scenariusze. Często gra zołzy, ale z natury jest ciepła, otwarta i pogodna. Na siłę nie pcha się do roli matki i żony, bo uważa, że życie samo pisze najlepsze scenariusze. Chociaż nikt jej nie stylizuje, znajduje się w gronie najlepiej ubranych Polek. Z jedną z najwybitniejszych polskich aktorek, Magdaleną Cielecką, rozmawiamy nie tylko o aktorstwie.



Marta Nicgorska: Spotykamy się w ramach cyklu "Serca Gwiazd", gdzie znane osoby pomagają Przemkowi Szalińskiemu zebrać pieniądze w szczytnym celu. Pani czuje się gwiazdą?

Magdalena Cielecka: Godzę się na to określenie, bo ono jest medialne i nośne, choć jest dużym uproszczeniem. Jestem przede wszystkim aktorką, która stara się uczciwie wykonywać swój zawód. Dziś niestety zatraciły się proporcje, bo gwiazdą może zostać każdy. Każdy może brylować na ściankach. Dzięki aktorstwu stałam się osobą znaną i rozpoznawalną, ale kim jestem przy gwiazdach takich jak Maryl Streep, Krystyna Janda czy Maja Komorowska?

To dlatego odmówiła pani udziału w programie "Taniec z gwiazdami"?

Myślę, że się po prostu do takich programów nie nadaję. Składano mi propozycje kilka razy i chociaż lubię tańczyć, konsekwentnie odmawiam. I nie chodzi o to, że bym sobie nie poradziła, ale o wewnętrzne przekonanie do czegoś. Nie widzę siebie w takiej roli, tak jak w roli konferansjera na festiwalu. Staram się podejmować decyzje rozsądnie, aby nie rozczarować samej siebie i nie przynieść rozczarowania widzom.

Ludzie często wymiennie używają określeń gwiazda i celebryta.

Celebrytką absolutnie nie jestem. Na szczęście zrobił się już klarowny podział na celebrytów i artystów, czyli te gwiazdy, o których przed chwilą rozmawiałyśmy. Celebryta to ktoś znany, ale nie do końca wiadomo z czego. A o mnie chyba można powiedzieć z czego jestem znana?(śmiech).

Z tysiąca ról teatralnych i filmowych oraz wzorowego wizerunku. Mówi się o pani "ikona stylu". Kto pani pomaga w doborze stylizacji?

Sama się o to troszczę. Samodzielnie się ubieram i sama decyduję, co włożyć na daną okazję. Wszystkie rzeczy należą do mnie, kupuję je za własne pieniądze. Nigdy nie korzystałam z pomocy stylisty i szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie, aby ktoś mówił, co mam na siebie włożyć.

Osoby medialne rzadko wkładają na siebie dwa razy to samo. Przypuszczam, że wietrzy pani szafę częściej niż na wiosnę. Co pani robi z zawartością garderoby, kiedy już pani uzna, że czas na nową?

Nie wyrzucam. Nigdy niczego nie wyrzuciłam. Moje ubrania mają drugie życie. Wywożę je do mamy na wieś i tam przechwytywane są przez rodzinę, znajomych, sąsiadów. Organizuję też wymianę ciuchów razem z koleżankami.

Odnoszę wrażenie, że pani to taka Zosia Samosia.

Jestem samodzielna. Zawsze byłam. Pewne cechy nie zmieniają się z wiekiem.

A jaka pani była jako dziecko?

Energiczna i angażująca się we wszystko. Byłam chłopczycą, odważną aż do granic zdrowego rozsądku, czego ślady noszę na ciele aż do dzisiaj. Z moim starszym bratem eksplorowałam okolice naszych rodzinnych stron w Żarkach pod Częstochową. Wszędzie mnie było pełno.

Lubi pani swój obecny wizerunek?

W sensie? Tego jak wyglądam czy jak się o mnie myśli?

Chodzi o te krótkie włosy.

No nie, tej fryzury nie znoszę! Śmiejemy się w zespole, że to fryzura na młodą Jandę. To chwilowa odmiana, na którą się zgodziłam, bo wiem, że warto to było zrobić dla projektu, w który się zaangażowałam. Film dzieje się w latach 80. Gram w nim dyrektor szkoły. Chodzi przecież o maksymalną autentyczność. Zmiany to prawo tego zawodu. Dla roli aktorzy potrafią różne rzeczy zrobić: przytyć kilkanaście kilogramów albo zapuścić długą brodę. Czasem aktor rzeczywiście się poświęca i miesiącami przygotowuje, by wiernie zagrać daną postać.



Aktorstwa nie wyssała pani z mlekiem matki. Gdyby dziś miała pani dokonywać wyboru, czy postawiłaby pani na szkołę teatralną?

Oj, trudno powiedzieć. Lubię ten zawód. Przynosi mi wiele radości i satysfakcji. Nie był niewdzięczny i okrutny, więc nigdy nie myślałam, że źle wybrałam. Pewnie zdecydowałabym się pójść w tym samym kierunku po raz drugi.

Gdyby nie aktorstwo, to polonistyka?

O polonistyce myślałam jako o alternatywie, gdybym nie dostała się do szkoły teatralnej. Widziałam się w roli nauczycielki, dziennikarki, historyka sztuki. Ale to byłaby raczej decyzja wynikająca z braku innego w tamtym momencie pomysłu na siebie. Nie marzyłam, żeby być aktorką, choć występowałam w szkolnych przedstawieniach i zawsze dobrze mi szło. Z teatrem zetknęłam się w liceum, bakcyla połknęłam dzięki nauczycielce od polskiego, która zabierała nas na spektakle i zarażała magią teatru. Do szkoły teatralnej zdawałam z ... miłości. I pech chciał, że dostałam się za pierwszym razem. Szybko, bo już na pierwszym roku studiów zaczęłam grać. Teatr bardzo mnie wciągnął i już nigdy nie puścił. Jako dziecko chciałam zostać weterynarzem.

W dzieciństwie lubiła pani opowieści o zwierzętach?

Pamiętam swój wyjątkowy stosunek do "Księżniczki na ziarnku grochu", ale moją ukochaną książką był "Pies, który jeździł koleją". Masochistycznie czytałam wkoło tę opowieść, ubolewając nad losem psa. Nocami szlochałam w poduszkę, aż w końcu mama schowała mi tę książkę.

A bajki Disneya? Dwukrotnie użyczyła pani głosu w disney'owskich produkcjach.

W ubiegłym roku można mnie było usłyszeć w "Czarownicy" , w tym roku w "Kopciuszku". Nie mówiłam jednak głosem Kopciuszka, ani dobrej Wróżki, lecz Macochy. Do bajek Disneya nie miałam nigdy wielkiego przywiązania, ale role w obydwu produkcjach bardzo przypadły mi do gustu. Grają w nich moje ulubione aktorki: Cate Blanchett jako Macocha i Angelina Jolie jako Diabolina. Dubbing to fajny rozdział w tym zawodzie.

Złośliwi mówią, że powinna pani zagrać Królową Śniegu, bo jest pani zimna jak lód, zdystansowana, niedostępna.

Każda osoba publiczna ma przypiętą jakąś łatkę. W związku z tym, że sklejam się jakoś z mrocznymi postaciami, to jestem tak odbierana. Już się z tym pogodziłam. Mam jednak nadzieję, że część widzów ma do tego dystans, wie, że to tylko moja praca. W życiu nie jestem taka diabelska. (śmiech)

Często gra pani zołzy, postaci negatywne, bohaterki na krawędzi. Role wybierają panią, czy pani role?

Każdy aktor ma swoje warunki psychofizyczne i w pewnych rolach odnajduje się doskonale, w innych czuje się gorzej. Ale to nie my, aktorzy, jesteśmy decydentami. My decydujemy na poziomie: biorę rolę lub odmawiam, ale to reżyser przypisuje nas do bohatera. Reżyserzy chętnie nas obsadzają w roli bliskiej do tej z poprzedniego spektaklu czy filmu. Aktorzy od lekkiego repertuaru rzadko angażowani są do ról dramatycznych i odwrotnie. Bo tak są utożsamiani. A reżyserzy i producenci boją się zaryzykować. Boją się o reakcję widzów, że im nie uwierzą. Sterowanie karierą w taki sposób, żeby zagrać raz postać negatywną, raz pozytywną, zmieniając się tak, żeby widzowie otworzyli oczy ze zdumienia, jest jednak rzadkością. Pamiętam, kiedy Piotr Wareśniak robił pierwszą w Polsce komedię romantyczną "Zakochani" i postanowił mnie w tym filmie obsadzić, to zarówno on jak i ja, mieliśmy szereg uwag, że to się nie może udać, bo przecież Cielecka nie ma predyspozycji, żeby zagrać w komedii. Wróżono mi porażkę, ale się udało.

Zaskoczyła pani widzów nie raz. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że najbardziej parodią Joanny Krupy w pewnym telewizyjnym show.

Tu zaskoczyłam nawet samą siebie. Ktoś wpadł na abstrakcyjny jak dla mnie pomysł, żebym parodiowała Krupę w "Rozmowach w tłoku". Kiedy dostałam tę propozycję, mocno się wahałam, bo nie mam zdolności do parodiowania jak koledzy po fachu: Maciej Stuhr czy Bartek Opania. Podjęłam jednak wyzwanie, bo chciałam sprawdzić samą siebie. I muszę przyznać, że to jest fajne w moim zawodzie, że można zrobić coś na kontrze i pokazać siebie zupełnie z innej strony. Widzowie pisali po programie, że nie spodziewali się po mnie takiego dystansu i poczucia humoru. Muszę przyznać, że po wielu filmach nie miałam tak dobrych recenzji jak po tym show.

W pani życiu mnóstwo teatrów, wiele produkcji filmowych, sporo ciekawych nazwisk, m.in. Wajda, Jarzyna, Warlikowski. Gdyby miała pani postawić dziś wszystko na jedną kartę, to co by pani wybrała: film czy teatr?

Kocham jedno i drugie. Nie chciałabym wybierać i wartościować, bo jedno się drugim dopełnia. Teatr jest dla mnie jak rodzina, która uczy, pionuje, rozwija, daje siłę, wymaga. Film jest jak romans - intensywny, atrakcyjny, krótkotrwały. Człowiek zanurzy się w nim, ale wraca z niego na scenę jak zbity pies.

Jeśli wraca... Ale bywa, że telefon przestaje dzwonić.

W zawodzie aktora niestety trzeba się z tym liczyć. W jednym momencie jesteśmy w dołku, w innym na wznoszącej fali. Dwa minione lata, kiedy w moim życiu zawodowym nastąpiła cisza, kiedy miałam wrażenie, że wszyscy o mnie zapomnieli, były mi bardzo potrzebne. Abym mogła pożyć, spotykać się z ludźmi, zrobić coś dla siebie. Tak po prostu miało być. Wierzę, że w życiu wszystko ma swój sens.

Trochę ironia losu, bo właśnie w tym czasie odebrała pani bardzo ważne nagrody. W 2014 roku została pani odznaczona srebrnym medalem "Zasłużony Kulturze Gloria Artis".

W mediach huczało, że jestem najbardziej nagradzaną bezrobotną aktorką (śmiech). Ale znów jestem aktywna zawodowo. Pracuję dla Nowego Teatru, ale współpracuję także z innymi teatrami, na przykład z Teatrem Och, gdzie razem z Mają Ostaszewską gram w komedii "Upadłe anioły". Dostałam rolę w filmie Tomasza Wasilewskiego "Zjednoczone Stany Miłości".

Chciałaby pani zagrać jakąś konkretną rolę?

Chętnie wcieliłabym się w postać Agnieszki Osieckiej. Mam nadzieję, że trafi mi się taka propozycja nie do odrzucenia, jaką dostał Tomek Kot, który zagrał doktora Religę w filmie "Bogowie". Myśląc o przyszłości, staram się jednak nie konkretyzować ról. Czekam na kolejne wyzwania.

A o roli matki i żony pani nie marzy?

Grałam. I to nie raz.

Ale ja mam na myśli tę rolę życiową.

Życie samo pisze scenariusze, na razie takiej roli dla mnie nie wymyślono (śmiech).

Ale solo chyba niełatwo iść przez życie?

Solo? Przecież ja nigdy nie byłam sama!

Co jest dla pani priorytetem w życiu?

Mówiąc o priorytetach, trudno nie otrzeć się o banał, ale powiem, że najważniejsze to być dobrym człowiekiem, nikogo nie krzywdzić, nikogo nie udawać. Gram zawodowo, i nawet mam na to papiery, więc poza pracą, jestem po prostu sobą. Staram się robić swoje i pomagać ludziom.

To panią uskrzydla?

Pomaganie jest dla mnie tak naturalne, jak oddychanie. Bez wahania wzięłam udział w projekcie Przemka Szalińskiego "Serca Gwiazd", bo pomagam ludziom na co dzień. Mnie to wiele nie kosztuje, żadnego dodatkowego wysiłku, dodatkowej pracy. Pomaganie wyniosłam z domu. Zostałam wychowana przez ludzi prostych, niezepsutych, w duchu potrzeby otwarcia na ludzi, niezadzierania nosa. Moja mama pomagała wszystkim dookoła, przygarniała zwierzęta. I takie wzorce na pewno się odkładają w człowieku. Lubię pomagać, a przez zawód, który uprawiam, czuję się wręcz do tego zobligowana. Spotkania z biednymi czy chorymi są dla mnie bardzo cenne, dużo wnoszą w moje życie: stawiają mocno do pionu, pozwalają docenić to, co mam. Cieszę się z każdej sytuacji, kiedy mogę dać ludziom zastrzyk pozytywnej energii. I podzielić się swoim szczęściem. Bo przecież szczęście mnoży się, kiedy się je dzieli.

Opinie (44) 6 zablokowanych

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najnowsze artykuły

wydarzenia