wiadomości - Ludzie

stat

Łukasz Czarnecki: z "Tańca z gwiazdami" do Trójmiasta

Łukasz Czarnecki - tancerz, uczestnik 9 edycji programu "Taniec z gwiazdami", obecnie współwłaściciel jednego z trójmiejskich klubów fitness
Łukasz Czarnecki - tancerz, uczestnik 9 edycji programu "Taniec z gwiazdami", obecnie współwłaściciel jednego z trójmiejskich klubów fitness fot. Lucyna Pęsik / trojmiasto.pl

Całą młodość poświęcił tańcowi towarzyskiemu: codziennym treningom, turniejom, wiecznym rozjazdom. Udział w dziewięciu edycjach "Tańca w gwiazdami" wyznaczył kolejny, burzliwy rozdział w jego życiu. W pewnym momencie umilkł - zniknął na dwa lata, taniec zostawiając za sobą. Dziś pojawia się w nowej roli. O wyjeździe z Warszawy i powrocie do rodzinnego Trójmiasta opowiada nam Łukasz Czarnecki.



Olga Miłogrodzka: Cichutko było o tobie przez ostatnie dwa lata ...

Łukasz Czarnecki: Tak, zgadza się. Przez ostatnie 1,5 roku nie było mnie w mediach w ogóle, poza społecznościowymi oczywiście. Właściwie odciąłem się od wszystkiego. Potrzebowałem czasu dla siebie, aby skoncentrować się na tworzeniu nowego projektu.

Wyprowadziłeś się z Warszawy. Dlaczego? Tak bardzo zabolała cię przegrana w "Tańcu z gwiazdami"?
Taniec był dla mnie chlebem powszednim, całym życiem - życiem pełnym wyrzeczeń. Sporo mnie w nim ominęło.

Faktycznie ostatnia edycja nie należała do najlepszych - z Martą Wierzbicką odpadliśmy po pierwszym odcinku. To niepowodzenie miało wpływ na moją decyzję, ale nie tylko. Było - powiedzmy - przysłowiowym gwoździem do trumny. Miałem wziąć udział w kolejnej jeszcze edycji, ale zrezygnowałem w ostatniej chwili. Ten niefartowny taniec był moim ostatnim w ramach programu. Tak zadecydowałem.

A jakie były inne powody porzucenia Warszawy? Deszczowe chmury - jak mówisz - zbierały się nad nią od dłuższego czasu.

Najzwyczajniej zaczęło mi się nudzić, zacząłem szukać nowych wyzwań. Każdy mi przepowiadał, że będę instruktorem, trenerem. Niejednokrotnie słyszałem nawet, że będę mistrzem świata, ale nie do końca mnie to zaspokajało. Moi rodzice mają szkoły tańca, dorastałem w tym otoczeniu i mam do niego ogromny sentyment. Jednak lubię myśleć perspektywiczne, wybiegać w przyszłość - zastanawiając się nad tym, gdzie będę za 10 lat, w tańcu siebie nie zobaczyłem.

Taki już jestem, że nie zatrzymuję się w miejscu, nie chadzam z prądem. Szukałem nowego zajęcia zachęcany - na przekór wielu krążącym wokół mnie opiniom - "no co ty, przecież niczego innego nie będziesz robił", "to się może nie udać".

Osiadłeś w konsekwencji w Trójmieście. Dlaczego tutaj?


Powód przeprowadzki jest przede wszystkim jeden - budowa klubu fitness, Elite Gym - nowej marki na polskim rynki. Przeprowadziłem się tu w styczniu ubiegłego roku. Ale ten czas leci!

Poza tym pochodzę z Gdańska. Mam tutaj całą rodzinę: tatę, mamę, dziadków, siostrę - tak więc jest mi nad morzem dobrze. W Warszawie byliśmy - ja, Francys Sudnicka Barraza i nasza córka Francine - sami, a parze bez teściów ciężko. Tak więc wszystkie drogi prowadzą do Trójmiasta.

Przeczytaj naszą relację z otwarcia Elite Gym


W pewnym momencie pogubiłem się w priorytetach, chciałem nadgonić utracony na turniejach czas. W moim przekonaniu otarłem się o dno. Mogłem skończyć na dworcu.
Skąd pomysł na założenie akurat klubu fitness?

Moją drugą pasją, w zasadzie od dziecka, były treningi siłowe. Gdy mniej tańczyłem, więcej ćwiczyłem na siłowni. W momencie gdy przestałem tańczyć zawodowo, mogłem pozwolić sobie na zwiększenie masy mięśniowej, tak więc od razu poszedłem w stronę fitnessu. Cały koncept Elite Gym wziął się z pasji. Moi wspólnicy także bardzo interesują się tym sportem. Znamy się ponad 15 lat, ale fitness z pewnością zbliżył nas do siebie. Chcieliśmy stworzyć wyjątkowy klub - taki, w którym każdy klubowicz chciałby spędzać jak najwięcej czasu, gdzie mógłby nie tylko poćwiczyć, ale zjeść zdrowy dietetyczny posiłek, zrelaksować się na tarasie przy książce i świeżo przygotowanym smoothie, spędzić czas z przyjaciółmi, a być może odbyć spotkanie biznesowe.

Ruszyliśmy z kopyta. Za nami 1,5 roku ciężkiej pracy. De facto nie tworzymy jednego miejsca, tylko całą markę. To duże przedsięwzięcie. Na przełomie 2018/2019 roku otwieramy największy, ekskluzywny klub w Polsce, w samym sercu Warszawy - w obrębie dzielnicy Wola, na terenach dawnej Fabryki Norblina. W perspektywie sześciu, siedmiu lat naszym celem jest rozbudowa Elite Gym do 12 placówek w całej Polsce.

Oglądałam wasze profile na Instagramie i mam wrażenie, że kult umięśnionego ciała po prostu was omotał.

Fitness to sport - ciężka i wymagająca praca nad ciałem, nad sylwetką, nad prezentacją mięśni. To również restrykcyjna dieta - posiłki trzeba planować: czas ich spożycia, suplementacja, skład. To bardzo wciągające zajęcie. A Instagram służy temu, aby dzielić się wynikami pracy z obserwującymi i jednocześnie motywować siebie nawzajem.

Trochę to egocentryczne i próżne.

Zależy, jak kto na to patrzy. Nie widzę w tym nic złego, tym bardziej nadzwyczajnego - ciało to ciało. Jestem przyzwyczajony do nagości. Na deskach teatru i Opery Narodowej niejednokrotnie występowałem bez pełnego stroju, w samych slipach. Wymagało to ode mnie posiadania atletycznej sylwetki.

A "Taniec z gwiazdami" - jakie znaczenie miał dla ciebie ten program?

Z pewnością był momentem przełomowym. Pamiętam, z jakimi wątpliwościami szedłem na casting. Zawodowi tancerze takie "fuchy" uważają za profanację tańca, a ja wówczas poświęcałem mu wiele czasu i energii. Wiedziałem, że program może mi przeszkodzić w karierze. Moja ówczesna partnerka - Kamila Kajak, która była po pierwszej edycji programu, ostatecznie namówiła mnie do niego.

Nie żałujesz, prawda?

Nie, to była bardzo dobra decyzja. Otworzyła mi wiele drzwi i zmieniła pogląd na temat tańca sportowego. W momencie, gdy odsunąłem się od niego i spojrzałem z dystansu, zauważyłem całą masę jego wad. Sztuczność przede wszystkim - pełen makijaż i te fantazyjne stroje. Jak się w tym tkwi, to się to akceptuje, ale jak się z tego wychodzi, zaczyna drażnić. Do tego dużo w tańcu niesprawiedliwości. To nie jest sport wymierny, który można ocenić na podstawie wyniku, czasu, ciężaru. Bazuje na subiektywnej opinii i jest polityczny. Rozgrywki między federacjami i związkami nie służą tańcowi i propagowaniu jego piękna. A ten sam w sobie jest piękny. Jednak gdyby te dwadzieścia lat temu, gdy zaczynałem przygodę z tańcem, ktoś by mnie zapytał, czy chcę zostać tancerzem, podjąłbym raz jeszcze taką samą decyzję.

A taniec z amatorkami - był wyzwaniem?

To był rzeczywiście problem. Dla mnie, tancerza sportowego, bardzo ważna jest jakość ruchu. Dużą wagę przywiązywałem do kontaktu z partnerką, prowadzenie to istota tańca, bardzo delikatna i trudna sprawa. W kontakcie z amatorką to wszystko się zaciera. Nie ma co ukrywać - w programie mocno obniżamy swój poziom.

Edycją numer jeden była dla mnie ta z Anią Guzik. Plus nasza wygrana. Ciężko pracowaliśmy. Ania była niezwykle zmobilizowana i goniła mnie do pracy. Śmigała jak rakieta. Tańczyła sama, znała swoje kroki - nie była w 100 proc. zależna ode mnie. A dodam, że nawet zawodowe tancerki często nie znają swoich kroków i zdają się wyłącznie na partnera, który je prowadzi. Pamiętam, jak podczas jednego z występów z Anią w pewnym momencie zupełnie zapomniałem choreografii. Byłem przekonany, że przez to wysypie się nasz taniec. Jednak Ania tak doskonale pamiętała kroki, że poprowadziła mnie w tym amoku.

Czy taniec w takim razie jest w twoim życiu już rozdziałem zamkniętym?

W pewnej formie tak - na pewno nie będę tańczył zawodowo czy sportowo. Jak już, to dla samego siebie.

Jak byłem młodszy, taniec kształtował całe moje życie, wszystko się na nim opierało. Najważniejsze doświadczenia życiowe zbierałem w oparciu o taniec: na treningach, na obozach, turniejach - tam poznawałem ludzi, zawierałem znajomości i przyjaźnie. Był dla mnie chlebem powszednim, całym życiem - życiem pełnym przyjemności, ale także wyrzeczeń. Sporo mnie w nim ominęło, co zresztą odbiło się cieniem w późniejszym okresie.

W jaki sposób?

W pewnym momencie zacząłem odreagowywać braki normalnego dzieciństwa. Pogubiłem się w priorytetach, chciałem nadgonić utracony na turniejach czas, odrobić lekcję "podwórka" i zabawy z chłopakami. Po przeprowadzce do Warszawy otrzymywałem pełno propozycji pracy, miałem mnóstwo przyjaciół, zacząłem całkiem nieźle zarabiać. Zatraciłem się w sobie, przerosło mnie to wszystko. Byłem zbyt młody. Moja osobowość zaczęła się w pewnym momencie drzeć na strzępy. W moim przekonaniu otarłem się o dno. Był nawet taki moment, że gdybym dalej kontynuował sposób dotychczasowego życia, skończyłbym na dworcu. W tamtej chwili czułem, że jestem sam z głową pełną przykrych doświadczeń. Na szczęście tamten okres mam już za mną. Pozbierałem się.

Francys ci w tym pomogła?

Tak. Pojawiła się akurat w momencie, kiedy wychodziłem z tego trudnego dla mnie okresu. Miała duży wpływ, ale podstawa to chcieć zmienić się samemu. Nie zrobiłem tego wyłącznie dzięki niej, czy dla niej - sam chciałem. Wszystko w naszych rękach.

Jakie priorytety ma w tym momencie Łukasz Czarnecki?

Spokój, rodzina, fajna praca, zdrowie. To jest najważniejsze. Po prostu stabilizacja, której mi brakowało w życiu. Choć nie jestem domatorem, uwielbiam wspólne rodzinne podróże.

Kilka lat temu mogłem jeszcze oddać się tańcowi zawodowemu, ponownie wejść w sport z pełnym zaangażowaniem, ale skalkulowałem sobie wszystko to, co musiałbym po raz drugi dla niego poświęcić. Nie chciałem tego. Podróże wyrywałyby mnie z domu na dłuższe okresy czasu. Częsty kontakt z partnerką taneczną to problem dla kobiety, z którą się jest. Wybrałem więc rodzinę i życie z najbliższymi. Zrezygnowałem z tańca sportowego i stylu życia, jakie ono za sobą niesie. Teraz realizuję się w biznesie i spełniam swoje marzenia. Mieszkamy obecnie z Francys i Francine, moją córeczką, w Gdańsku.

Na ręce dumnie eksponujesz tatuaż. Jakie znaczące rzeczy wytatuowałeś na swoim ciele?

Imię mojej córki i datę jej urodzenia. Mam też swój portrecik w jej wykonaniu - tak narysowała mnie córka, jak miała kilka lat. Postanowiłem przenieść ten wizerunek na rękę. Obok jest Myszka Miki - jej ulubiona postać. A te fale dookoła nic nie znaczą - motyw sam w sobie, bez żadnego przesłania. Po prostu lubię sztukę tatuażu.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (54)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najnowsze artykuły

wydarzenia