wiadomości - Ludzie

stat

John Borrell. Mógł wybrać świat, wybrał Kaszuby

John Borrell w piwniczce z winami w Kania Lodge. Zebrane tu trunki pochodzą z kilkunastu krajów, a rocznikowo potrafią sięgać nawet dwóch dekad wstecz. Miesięcznik Wine Spectator już pięć razy wyróżnił ten zbiór jako jeden z najbardziej wyjątkowych na świecie.
John Borrell w piwniczce z winami w Kania Lodge. Zebrane tu trunki pochodzą z kilkunastu krajów, a rocznikowo potrafią sięgać nawet dwóch dekad wstecz. Miesięcznik Wine Spectator już pięć razy wyróżnił ten zbiór jako jeden z najbardziej wyjątkowych na świecie. fot. Lucyna Pęsik / trojmiasto.pl

John Borrell przyjechał do Polski w 1993 roku. Wraz z żoną - Anną Rospond Borrell - zbudował na Kaszubach, nad Jeziorem Białym, pensjonat Kania Lodge. Zanim jednak miejsce powstało, John stoczył o nie kilka sądowych bitew z lokalną biurokracją i korupcją. Podołał im wszystkim być może dzięki zebranemu wcześniej doświadczeniu - jako korespondent wojenny przez niemal trzy dekady zwiedzał świat, opisując największe kryzysy współczesnego świata. O doświadczeniach zebranych tak w Polsce, jak i poza nią, opowiedział nam w trakcie rozmowy.



Przeczytaj także: Pierwsze pąki w winnicy w Kania Lodge

Olga Miłogrodzka: Wojciech Jagielski przyznał, a jego żona potwierdziła, że zawód korespondenta wojennego jest uzależniający. Co w nim takiego pociągającego?


John Borrell: Korespondent zagraniczny to zawód ekskluzywny, szczególne dla dziennikarza wyróżnienie. Miałem 21 lat gdy zacząłem pracować dla największej gazety w Australii (The Australian). Wsiadałem w samolot i leciałem: do Nowej Gwinei, na Wyspę Thursday. To była przygoda. Na tyle niesamowita, że jako młody chłopak wydałbym ostatnie oszczędności, aby ją przeżyć. Tymczasem opłacał ją pracodawca, czyli Rupert Murdoch. Wiem, że dla Ryszarda Kapuścińskiego, pracującego dla PAP - spotykaliśmy się w rożnych miejscach na mapie świata - to także był szczyt zawodowych aspiracji. Pisanie o ważnych sprawach było fascynujące i satysfakcjonujące. Tym bardziej dla młodej, wówczas jeszcze ciut naiwnej osoby, której wydawało się, że może zmieniać świat. Czułem, że byłem zaangażowany w historię. Siedząc przy biurku w Nowym Jorku i pisząc o tym samym, nie miałbym takiego poczucia.

Przygoda przygodą. Relacjonując konflikty zbrojne, konfrontowałeś się z najciemniejszą stroną ludzkiej natury. Jak radziłeś sobie z okrucieństwem wojny?

Dla dziennikarza wojny nie są tak dramatyczne jak dla żołnierza. Praca korespondenta w 99 proc. to nuda i oczekiwanie, w 1 proc. groza. Z naszej perspektywy wojna potrafi być wręcz statyczna.

Gdybym nadal pracował w zawodzie, dziś najprawdopodobniej byłbym w Syrii. To byłoby trudne zlecenie, do wielu miejsc nie dotarłbym bez narażania życia, bez wysokiego ryzyka porwania, zastrzelenia czy nawet spalenia żywcem. Na froncie I wojny światowej byłoby podobnie, musiałbym siedzieć w okopach. Jednak walki, które relacjonowałem nie były trak trudne. W Angoli np. gdzie konflikt miał charakter międzynarodowy - MPLA, która przejęła władzę popierana była przez Rosję, Kubańczycy byli opłacani za wspieranie nowych rządów - nie widziałem wielu walk. W trakcie całego mojego pobytu w kraju kilka tylko razy ostrzeliwano miejsce, w którym się znajdowałem. Strach na przestrzeni 25 lat pracy towarzyszył mi zaledwie kilka razy: w Angoli podczas ostrzału właśnie, w Etiopii groziło mi porwanie, w Nikaragui pod nogami wybuchały nam bomby lądowe - tak zginał mój bliski znajomy. Momenty grozy jednak nie są naszą codziennością. Piszemy w hotelach, działamy raczej na obrzeżach konfliktu. Pchanie się w jego centrum byłoby głupstwem, teksty nie docierałyby wówczas do redakcji, a naszym celem przecież jest przekazywanie informacji światu. Dziennikarz nie jest, tak jak żołnierz, bohaterem.

Która przygoda była dla ciebie najważniejszą?

Było ich tysiące, przy okazji każdego wyjazdu. Intensywnych przeżyć miałem mnóstwo. Pamiętam oglądanie jeziora Tanganika o czwartej nad ranem, przy wschodzie słońca. Byłem w Palmyrze, w twierdzy Krak des Chevaliers - zamku z dziecięcych snów. Panamę - od Pacyfiku po Morze Karaibskie - pokonałem rozpadającym się pociągiem. Podróżowałem nim przez dżunglę. Z Argentyny do Chile jechałem przez Andy po bardzo stromych drogach. Dobrze pamiętam też upadek komunizmu we Wschodniej Europie. Byłem w Rumunii, w Bułgarii, zaraz po straceniu Nicolae Ceaușescu. Widziałem obrady okrągłego stołu, rozmawiałem z Wałęsą, Mazowieckim.

Jednym z najciekawszych zleceń była relacja z Bejrutu po tym jak w 1982 roku zajęty został przez Izrael. Mieszkałem wówczas w pięknej dzielnicy zbudowanej przez francuskich kolonizatorów, z balkonu widziałem libańskie góry i Morze Śródziemne, 100 metrów ode mnie o brzeg rozbijały się fale. Jedzenie było tam najlepsze na świecie. Mój arabski był niezły, wypuszczałem się w góry, do Syrii, do Damaszku, żyłem w kosmopolitycznym mieście, jego nocne życie wrzało. Mimo tego, że toczył się tam konflikt i codziennie ginęli w nim ludzie, żyłem normalnie, acz intensywnie. Czułem wtedy, że żyję. Mówi się, że potencjalne sytuacje zagrożenia skłaniają do intensywniejszego trybu życia. Tak się chyba działo i ze mną. A najpiękniejsze w tym wszystkim było to, że byłem sam - bez operatora, bez fotoreportera. Tylko ja i notes. Mogłem być wszędzie, taki niewidzialny.



Raz bodajże naprawdę na tym skorzystałeś.

W 1985 roku libańscy terroryści szyiccy porwali samolot linii TWA lecący z Aten do Rzymu. W zamian za uwolnienie Amerykanów domagali się wypuszczenia z więzień swoich ludzi, co w końcu wymusili. Wszyscy ich szukali, nawet CIA. Na miejscu było około setki dziennikarzy. W tym całym zgiełku postanowiłem zjeść obiad w szyickiej dzielnicy Bejrutu. Towarzyszyła mi znajoma, Libanka. Oprócz nas nie było tam nikogo. W pewnym momencie do lokalu weszła grupa kilkudziesięciu osób, wyglądających jak cudzoziemcy oraz obstawa z kałasznikowami - szybko dotarło do mnie kim byli. Kontrolnie podeszli do naszego stolika i zapytali, czym się zajmujemy, ale odpowiedziała tylko znajoma, że pracuje dla bliskowschodnich linii lotniczych, co było prawdą. Mnie jakoś pominęli. Zachowaliśmy spokój, a po chwili zacząłem z nimi rozmawiać, bardzo dyskretnie. Dowiedziałem się, że następnego dnia mieli być przewiezieni do Damaszku i uwolnieni. Wieczorem wysłałem do redakcji w Nowym Jorku tekst. Nosił tytuł "Obiad z zakładnikami". Takie sytuacje trzeba umiejętnie rozgrywać.

Czyli znasz się na ludziach.

Natura ludzka jest uniwersalna. Różnią nas tylko naleciałości kulturowe, choć te potrafią też łączyć. Np. Hiszpanie i Polacy nadużywają strony zwrotnej, tak jakby zawsze chcieli zdjąć odpowiedzialność ze sprawcy. Kieliszek w Polsce zawsze się sam zbija.

Zostając przy temacie Polaków i odpowiedzialności - Maria Janion uważała, że mamy z nią problem. Z trudem przychodzi nam poczucie odpowiedzialności za nas samych, tym bardziej za dobro wspólne. Dlatego nazwała nasze społeczeństwo postkolonialnym. Zauważasz jakieś podobieństwa między nami, a byłymi, europejskimi koloniami?

W XIX wieku Polska została skolonizowana na ponad 100 lat, co musiało zostawić trwały ślad w świadomości narodu. To zrozumiałe. Jednak podobnie jak wiele innych, skolonizowanych państw, Polska przez dość długi czas sytuowała się w roli ofiary. Nie wszystkie mankamenty kraju można tłumaczyć niesprawiedliwością historii lub ciągłymi manipulacjami byłych kolonizatorów. Polska musi ruszyć naprzód i zaprzestać użalania się nad sobą. Dobrze zrobiłoby także odrzucenie teorii spiskowych, tak w Polsce silnych. Homoseksualizm nie jest towarem eksportowym Unii, a samoloty po prostu czasem się rozbijają.

W konsekwencji jednak zamieszkałeś w Polsce. W książce na kilku stronach opisujesz moment zadumy - patrzyłeś na właśnie kupioną tu ziemię i wymieniałeś tysiące powodów, dla których nasz kraj nie jest odpowiednim miejscem do tego, aby zaczynać w nim nowy rozdział życia. A jednak padło na Kaszuby. Twoja ostateczna decyzja wydaje się mało racjonalna. Dlaczego taką w konsekwencji podjąłeś?


25 lat temu Kaszuby były na końcu świata, nigdzie dalej nie dało się już dojechać. Były prymitywne i ta prostota miejsca mnie urzekła. Także piękno przyrody, bardzo podobnej do tej nowozelandzkiej, wśród której spędziłem dzieciństwo. Na Kaszubach właśnie ono mi się silnie przypomniało.

Byłem zmęczony podróżowaniem. Wiedziałem także, że w dziennikarstwie osiągnąłem szczyt swoich możliwości i dalej nie mam się gdzie wspinać. Poza tym słowa były takie ulotne. Całe życie tylko obserwowałem, stałem na zewnątrz, zwrócony ku centrum. Chciałem w końcu sam tam stanąć - stworzyć coś swojego, namacalnego. A na Kaszubach znaleźliśmy kawał pustej, pięknej ziemi. Zagospodarowanie jej było fascynującą perspektywą.

Poza tym w Polsce mogłem realnie myśleć o założeniu ekskluzywnego pensjonatu. Przez 50 lat komunizmu Polska była próżnią - ekonomiczną, społeczną, miała pełno luk, które można było wypełnić. W Anglii takiego przedsięwzięcia bym nie podjął - nie dostałbym na to zgody, a nawet gdybym dostał, nie byłoby mnie na to stać. Poza tym żyłem polskim snem, chciałem współtworzyć nowy, wolny kraj.

Nie przyjęliśmy cię z otwartymi rękami. Z wojny przyjechałeś na wojnę. Budowa Kania Lodge kosztowała cię kilka poważnych sporów, a nawet rozpraw sądowych. Raz zostałeś pobity.

Nie tylko ja tę wojnę prowadziłem. Staremu systemowi opierało się w tym kraju także kilku poza mną, nie byłem sam. Patrzyłem na całą sytuację jakby z zewnątrz, znów jako obserwator. Widziałem ją w szerszej, historycznej i społecznej perspektywie, opisałem w książce "Nad Jeziorem Białym". Zresztą nie jest powiedziane, że w innym miejscu także nie musiałbym walczyć z biurokracją i korupcją. To akurat nie są tylko polskie przypadłości.

Doceniasz to, co polskie. Vestal jest dobrym przykładem. To wódka premium, która podbija rynki zagraniczne, a wyrabiasz ją ty - z ziemniaków sadzonych niedaleko Kania Lodge.

Rzeczywiście Vestal sprzedawany jest w najekskluzywniejszych miejscach w Europie, jak hotel Ritz w Paryżu czy Savoy w Londynie. Butelki z rocznika 2009 - naszego najlepszego - cieszą się tam szczególnym powodzeniem.

Rocznika?

Wszystko zaczęło się od współpracy z Tadeuszem Dordą - właścicielem Chopina. Zainteresowała mnie jego idea pojedynczej destylacji wódki przygotowywanej na bazie wcześnie zebranych ziemniaków. Z czasem zorientowałem się, że każdy rodzaj ziemniaka ma swój specyficzny smak i że pora ich zbioru również na niego wpływa. Jestem przekonany, że także tzw. terroir - czyli rodzaj gleby, w jakiej rośnie ziemniak, nasłonecznienie, ilość opadów itp. ma finalny wpływ na smak produkowanego z niego alkoholu. Cały czas eksperymentuję i badam to zagadnienie. Produkujemy wódkę degustacyjną, nie pod zagryzkę, ale taką, którą można się delektować i wyczuwać najróżniejsze w niej aromaty. Tak jak w winie. Dlatego destylujemy ją tylko raz. Starzejemy na przykład w beczkach z hiszpańskiego dębu, czyli w takich, w jakich starzeje się koniak. Widzę mnóstwo rzeczy, które można z wódką zrobić, by smakowo była jeszcze bardziej interesującym trunkiem. To dopiero początek naszej przygody z nią.

Opinie (40) 4 zablokowane

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najnowsze artykuły

wydarzenia