wiadomości - Ludzie

stat

Emwudesign: trendy nie mają znaczenia

- Drzwi do mojej pracowni są otwarte - widać, że coś się tutaj dzieje. Klientki lubią tam zaglądać, obserwować jak pracuję - mówi Małgorzata Wasik.
- Drzwi do mojej pracowni są otwarte - widać, że coś się tutaj dzieje. Klientki lubią tam zaglądać, obserwować jak pracuję - mówi Małgorzata Wasik. fot. Lucyna Pęsik/Trojmiasto.pl

Małgorzata Wasik opowiedziała nam o tym, dlaczego unika sezonowych trendów i najwięcej wymaga od siebie. Gdańska projektantka, która techniki krawiectwa wyższego poznawała przez kilka lat w Walencji.



Monika Sołoduszkiewicz: Opowiedz, proszę, jak wyglądała twoja przygoda w Hiszpanii.

Małgorzata Wasik: Współpracowałam z kilkoma projektantami strojów regionalnych. Zawsze najgoręcej było, kiedy zbliżał się sezon - pomiędzy grudniem a marcem. Oczywiście stroje regionalne w Hiszpanii szyje się przez cały rok, ale najważniejsze święto to przypadające w marcu Fallas de Valencia. Zaczynaliśmy szyć już na początku grudnia. Złota spódnica, którą widziałaś w mojej pracowni jest zainspirowana tradycyjną hiszpańską spódnicą. W ogóle wśród tych projektantów panuje zasada, że jeśli ktoś specjalizuje się w gorsetach, to nie szyje spódnic i odwrotnie. Ja zawsze męczyłam swoich mentorów, żeby nauczyli mnie wszystkiego. Tradycyjne techniki będą procentowały zawsze i przydadzą się zarówno przy szyciu sukien ślubnych, jak i garsonek.
Ja zawsze męczyłam swoich mentorów, żeby nauczyli mnie wszystkiego. To, że nauczyłam się szyć stroje regionalne uważam za bezcenne. Tradycyjne techniki będą procentowały zawsze i przydadzą się zarówno przy szyciu sukien ślubnych, jak i garsonek.


Z perspektywy czasu myślę, że mogłam lepiej wykorzystać ten czas, ale chodząc ciągle z naręczem strojów do odszycia nie miałam już na nic siły. Mieszkałam w centrum i aż mnie ściskało, kiedy przechodziłam obok wszystkich modnych, wypełnionych ludźmi knajp i myślałam sobie pod nosem "gdzie ten kryzys?". Praca i szkoła były wtedy najważniejsze. Nawet gdy przyjeżdżał do mnie ktoś z rodziny, to każda godzina zwiedzania była okupiona wyrzutami sumienia. Po prostu wiedziałam, po co tam jestem. Dla mnie to była przygoda życia, chciałam wykorzystać ten czas do ostatniej minuty. Od początku też nie zakładałam, że zostanę w Hiszpanii. W Polsce miałam całą rodzinę siostry, narzeczonego. Hiszpania jest bardzo piękna, ale nie chciałabym tam mieszkać.

Co cię skłoniło do założenia własnej firmy?

Zawsze pracowałam i stąd miałam fundusze na to, żeby robić kolekcje. Wiedziałam jednak, że coś nie gra, bo moja praca nie miała kontynuacji. Robiłam kolekcję, pokaz, sesję i wracałam za biurko. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że nie mam już siły, żeby po 8 godzinach na etacie w banku iść do pracowni i próbować coś stworzyć. Postawiłam wszystko na jedną kartę. Minęło trochę czasu zanim podęłam tę decyzję, a pewnie jeszcze więcej zanim odnalazłam się w nowej sytuacji, którą przecież sama sobie zgotowałam. Na początku się zniechęciłam musiałam ze sobą walczyć, ciągle się zastanawiałam, "Dlaczego ja się zwolniłam? Co ja teraz będę robiła?". Chociaż wiedziałam, że jeśli coś mi nie wyjdzie, to będę miała do czego wrócić.

Pracownię otworzyłaś prawie rok temu. Żałowałaś kiedyś tej decyzji?

Nie, chociaż były trudne momenty. Pracowałam bez przerwy, kilkanaście godzin dziennie. Często odbierałam telefony z propozycją zlecenia, którego budżet nie przekraczał tego, ile za ubrania zapłacimy w sieciówce. Na początku działalności każdy chce mieć jak najwięcej klientów. Móc zapisać sobie w kalendarzu, że ma do zrobienia to czy tamto, bo dzięki tym zleceniom zapłaci ZUS i zacznie zbierać na wymarzoną maszynę.

Mam świadomość, że moja pracownia nie jest w prestiżowym miejscu. Chciałabym, żeby była piękniejsza, miała lepsze podłogi albo drzwi. Jest to jednak moje miejsce, do którego zawsze zagląda słońce, a moje klientki czują się w nim dobrze. Pracownia może nie jest luksusowa, ale moim zdaniem luksus nie powinien wynikać tylko z miejsca, ale pochodzić z nakładu pracy włożonego w projekt. Tego, że podszyję coś ręcznie, ozdobię kryształami albo przyszyję perły do sukienki.

Jesteś perfekcjonistką?

Zanim zacznę coś kroić, muszę wszystko sobie poukładać. Mam wyśrubowane standardy. Większość moich projektów powstaje bardzo długo. Nie wiem z czego to wynika, może to kwestia tkanin? Staram się, by były wysokiej jakości, a one bywają trudne, potrzebują uwagi. Powtarzam to moim kursantom. Jeśli znamy chociaż dwie, trzy, cztery techniki szycia, to już w naszej głowie powinien pojawić się dylemat, którą drogą pójdziemy. Ja wybieram małą próbkę i staram się sprawdzić wszystkie możliwe opcje pracy z materiałem. Po kilku podejściach mogę powiedzieć, że coś jest najlepszym sposobem na okiełznanie danej tkaniny. Należy szybko zweryfikować swoją wiedzę i dostosować technikę do rodzaju materii, z którą pracujesz. Spójrz na tę srebrną siatkę. Wydaje się, że to banalny splot, ale trzeba się zastanowić jak ją ugryźć, żeby się nie rozciągnęła, nie marszczyła.

Projektuję, kroję, robię konstrukcje, szyję i wykańczam. Organizuję sesje i pokazy. To niestety wymaga bardzo dużo czasu i myślę, że jestem na takim etapie, że chciałabym część tych zadań delegować. Z drugiej strony zdaje sobie sprawę, że dobrych konstruktorów jest na naszym trójmiejskim rynku niewielu. Pewnie też dlatego wywieram presję na mojej asystentce, Adrianie. Chciałabym ją wiele nauczyć.


Jesteś gotowa na podzielenie się wiedzą, zdradzanie swoich sztuczek?

W ogóle nie mam z tym problemu, nauczyłam się tego w Hiszpanii. Za każdym razem, gdy tam kogoś spotykałam - obojętnie czy był to krawiec, czy projektantka - nikt nie miał problemu z tym, żeby podczas spotkania czegoś nie pokazać, nie zdradzić swojego triku, sposobu na pracę z tkaniną. W czasie zwykłej rozmowy mogłam się wiele nauczyć. Taka otwartość bardzo mi się podobała. Mój profesor Diego zawsze pokazywał mi wszystkie swoje smaczki. Zwykł mawiać, że to technika DOV, czyli Diego Orzáez Villa. Ostatnio, gdy szukałam swoich szkiców z krawiectwa męskiego, znalazłam jakąś podpisaną w ten sposób metkę. Zrobiło mi się ciepło na sercu. Uczył m.in. konstrukcji z męskiego, ciężkiego krawiectwa. Był bardzo wszechstronny - poza garniturami i smokingami, robił też mundury dla armii, ornaty dla księży, stroje regionalne, a w dodatku wiedział jak szyć damskie rzeczy.

Nie czuję zagrożenia, nie traktuję mojej asystentki czy kursantek w kategoriach konkurencji. Bardzo się cieszę, że to Adrianna mnie odnalazła. Nie interesowało mnie jakie szkoły skończyła, zapytałam tylko czy szyje. Poprosiłam, żeby przyniosła swoje rzeczy. Pamiętam, że kiedy chodziłam na rozmowy czy castingi z Diego, to nigdy nie zabierałam dyplomów, tylko uszyte przez siebie ubrania. Nikt nie oglądał ich na modelkach, sprawdzano je od środka - patrzono na szwy, łączenia, konstrukcję.

Nie lubisz szybkiej mody. Klientki nie dostaną u ciebie sukienki w trzy dni?

Zdecydowanie nie! (śmiech) Zależy mi na tym, żeby to nie była szybka moda. Rzeczy, które szyję mają być trochę ponad trendami. Muszą się dobrze zachowywać przez wiele sezonów. Dlatego też powtarzam moim klientkom, że tkanina zawsze się obroni. Nawet przy bardzo prostym kroju. Sezonowość i trendy są dla mnie nieistotne, ale mam świadomość, że moje klientki doskonale wiedzą, co się dzieje w modzie.

Klientki czasami się otwierają i widzę, że kiedy przymierzają moje ubrania, zachodzi w nich pewna zmiana. Czują się wyjątkowo, inaczej. Zauważyłam to też u siebie, bo po wielu latach zaczęłam nosić własne projekty. Myślę, że zwracają uwagę, podchodzą do mnie ludzie i pytają, skąd je mam.


Słucham moich klientek, ich potrzeby są dla mnie najważniejsze. Czasem muszę spędzić z nimi więcej czasu i lepiej je poznać, żeby móc zaproponować coś ciekawego. Zaczęłam odnajdywać się w kobiecych i romantycznych kreacjach. To dla mnie dobra szkoła, bo sama lepiej czuję się w nowoczesnym stylu. Ostatnie miesiące nastroiły mnie optymistycznie. Spotkałam kilka fantastycznych kobiet, które rozumieją, że moja usługa jest trochę inna i przychodzą do projektanta, a nie krawcowej. Oczywiście namawiam je do odrobiny szaleństwa, innego spojrzenia na tkaninę. Klientki czasami się otwierają i widzę, że kiedy przymierzają moje ubrania, zachodzi w nich pewna zmiana. Czują się wyjątkowo, inaczej. Zauważyłam to też u siebie, bo po wielu latach zaczęłam nosić własne projekty. Myślę, że zwracają uwagę, podchodzą do mnie ludzie i pytają skąd je mam.

Jakie są twoje klientki?

Z jednej strony młode dziewczyny są zainteresowane modą. Jest też grupa kobiet, która ma zasobny portfel i lubi nietuzinkowe ubrania. Kolejna grupa moich klientek to te, które nie są pod linijkę. Nie mogą znaleźć w sieciówkach rzeczy odpowiadających ich sylwetkom, bo albo nie mają rozmiaru 36, albo np. mają bardzo wąską talię przy dużym biuście.

Pamiętajmy, że ludzie mają wady postawy, które mogą mieć wpływ na to, jak leżą na nas rzeczy. Jeden z moich profesorów kładł nacisk na te zagadnienia. Mam też książkę z lat 60., w której znajduje się dobre studium przypadku, dzięki niej wiem, jak zrobić nietypową konstrukcję - podnieść ramię albo obniżyć łopatkę. Na manekinie wydaje się to katastrofą, ale na klientce leży idealnie. To cały sekret szycia na miarę, bo tak naprawdę nikt poza mną i klientką nie wie, że ma jakiś kłopot z sylwetką.

Wypożyczam ubrania na sesje zdjęciowe i na potrzeby produkcji np. teledysków. Ostatnio była to grupa "The Party Is Over", która gra muzykę elektroniczną. Myślę, że chciałabym pójść w podobnym kierunku, zająć się tworzeniem kostiumów scenicznych i uszyć coś wyjątkowego dla nich. Rozwijają się szybko, więc muszę się spieszyć (śmiech).

Od jakiegoś czasu prowadzisz kursy szycia, wzięłaś też udział w projekcie Artonautyka. Czym zaskoczyli cię kursanci?

Poprzez cykl takich spotkań młodzi ludzie mieli dotknąć różnych dziedzin aktywności, które określamy mianem kreatywnych. To była dla mnie wspaniała przygoda, poczułam się wyróżniona tym zaproszeniem. Wnioski były jednak smutne. Wydaje mi się, że poprzez programy, które robią taką furorę w telewizji, zawód projektanta stał się trochę wypaczony. Wszyscy mamy poczucie, że łatwo jest być dzisiaj projektantem. Wystarczą szablony na koszulkach i już otwieramy biznes. Odniosłam wrażenie, że ci kursanci oczekują, że podczas warsztatów stworzą gotowe kolekcje. Ludzie myślą, że to łatwe i szybkie, a szycie przecież nie jest ani łatwe, ani przyjemne, ani szybkie. Jeśli nie włożymy w szycie odpowiedniej ilości pracy i wysiłku, to zawsze gdzieś wyjdą niedociągnięcia. Moja filozofia pracy jest całkowicie inna. Mam świadomość własnych niedociągnięć. Wiem, że dużo mi jeszcze brakuje, ale też robię wiele, by być coraz lepszą i dokształcać się.


Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (4)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najnowsze artykuły

wydarzenia