wiadomości - Aktualności

stat

Chris Niedenthal: fotograf socjalizmu i zwykłych ludzi

- Wszyscy fotografujemy, ale nie wszyscy jesteśmy fotografami. Jestem ze starej szkoły, wierzę w negatywy i slajdy. Wciąż trudno mi sobie wyobrazić, że na karcie pamięci może być jakieś zdjęcie - mówi Chris Niedenthal.
- Wszyscy fotografujemy, ale nie wszyscy jesteśmy fotografami. Jestem ze starej szkoły, wierzę w negatywy i slajdy. Wciąż trudno mi sobie wyobrazić, że na karcie pamięci może być jakieś zdjęcie - mówi Chris Niedenthal. fot. Monika Goldszmidt-Czarniak/Trojmiasto.pl

Jak sam przyznaje, z lekkim zdumieniem odkrywa w swoim archiwum coraz to nowe slajdy z epoki PRL-u. Jest autorem wielu zdjęć, które przeszły do historii fotografii i jednym z najbardziej rozpoznawalnych dokumentalistów tego okresu. W miniony czwartek w Olivia Sky Club odbyło się spotkanie z Chrisem Niedenthalem.



- Zobaczycie państwo zdjęcia z Polski, Rumunii, Czechosłowacji, Węgierskiej Republiki Ludowej, Związku Radzieckiego i NRD. Nie jestem historykiem, ale w pewnym sensie jestem historykiem wizualnym. Mogliśmy być tam, gdzie tworzyła się historia, chociaż oczywiście wtedy tego nie wiedzieliśmy. Nikt nie wiedział - mówił Chris Niedenthal.

Urodził się w Londynie i jest synem polskich emigrantów. Współpracował z takimi magazynami, jak "Newsweek", "Der Spiegel", "Time", "Geo" i "Forbes". W 1986 roku otrzymał nagrodę World Press Photo za zdjęcie, które trafiło na okładkę "Time'a" i przedstawiało sekretarza generalnego węgierskiej partii komunistycznej, Janosa Kadara. W latach 1973-1989 dokumentował życie w PRL-u.

W 1978 roku został korespondentem "Newsweeka" w Polsce, a w 1985 roku fotoreporterem tygodnika "Time", dla którego fotografował wydarzenia z Europy Wschodniej i Związku Radzieckiego. Współpracę z "Newsweekiem" rozpoczął dzięki pierwszej papieskiej pielgrzymce w 1978 roku. Okazało się bowiem, że robi lepsze zdjęcia, niż przysłany przez redakcję korespondent. Wydaje się, że zawsze był tam, gdzie działy się rzeczy ważne. Jako jeden z pierwszych fotoreporterów dokumentował strajk w Stoczni Gdańskiej w 1980 roku.

- Byłem tam drugiego dnia strajku z angielskim dziennikarzem (Michaelem Dobbsem - przyp. red.) Oczywiście nie chciano nas wpuścić na teren zakładu, a i my baliśmy się zarzutów o szpiegostwo albo aresztowania. W końcu wszedłem z nim jako tłumacz i obiecałem, że nie będę robił zdjęć, ale oczywiście nie wytrzymałem! (śmiech). Siedziałem obok dyrektora stoczni Klemensa Gniecha i tłumaczyłem koledze jego rozmowę z jakimś "panem z wąsem". Wiedziałem, że dzieje się coś ważnego, więc zrobiłem zdjęcie zza pleców Gniecha. Później dowiedziałem się, że ten "pan z wąsem" to Lech Wałęsa. Dobrze wiedział, jak rozmawiać z władzami stoczni - wspominał Chris Niedenthal.

Dokumentował pielgrzymki dziesiątek tysięcy Polaków, wakacje w Międzyzdrojach, bimber pędzony w piwnicach i sprzedaż tusz wieprzowych prosto z bagażnika. O pustych półkach mówi, że trudno było wyobrazić sobie bardziej upokorzonych ludzi, stojących w wielogodzinnych kolejkach, w skwarze i zaduchu po towar, którego i tak nie kupili. Zaraz potem dodaje, że PRL był, niestety, bardzo fotogeniczny. Co było najtrudniejsze w jego ówczesnej pracy?

- Wszystko było trudne. Nie zawsze można było zrobić zdjęcia, nawet w zwyczajnym sklepie mięsnym. Wymagało to szeregu pozwoleń, niemal na poziomie ministerialnym. Oczywiście nie było to niemożliwe do załatwienia, ale nagle okazywało się, że ten sklep był dziwnie dobrze zaopatrzony. Wszystko było sztuczne. Robienie zdjęć kolejek przed sklepem też nie było łatwe. Ludzie się wstydzili, że tam stoją, a ja wstydziłem się, że oni się wstydzą. Poza tym bałem się, że w tej kolejce może stać jakiś ubek - podkreślił Chris Niedenthal.



Wielokrotnie robił zdjęcia stojąc na klatkach schodowych lub "wpraszając się" do domów w okolicach stoczni. Jak mówi dlatego, że nie zawsze było bezpiecznie.

- Ludzie byli bardzo serdeczni. Dziś, w dobie domofonów na strzeżonych osiedlach, nikt nie wpuściłby mnie na klatkę schodową, a co dopiero do mieszkania. Musiałem wzbudzać zaufanie z dwoma aparatami przewieszonymi na ramieniu - dodał.

Słynne zdjęcie "Czas Apokalipsy" zrobił w pierwszych dniach stanu wojennego, kryjąc się na klatce schodowej warszawskiej kamienicy. Afisz filmu Francisa Forda Coppoli na fasadzie kina Moskwa posłużył za symboliczne tło dla żołnierzy i wojskowego transportera opancerzonego. To zdjęcie sprawiło też, że Chris Niedenthal przeszedł do historii fotografii. Niemałym problemem okazało się wysłanie filmu do redakcji "Newsweeka" w Bonn, z pomocą przyszedł mu wtedy niemiecki student, którego fotograf do dziś poszukuje.

Na prezentowanych wczoraj zdjęciach nie zabrakło portretów Czesława Niemena, Tadeusza Konwickiego, ks. Jerzego Popiełuszki, Leszka Balcerowicza, Lecha Wałęsy, Borysa Jelcyna, a nawet Willema Dafoe. Aktor został sfotografowany przez Niedenthala w Katowicach, podczas kręcenia zdjęć do filmu "Triumf ducha", opowiadającego o greckim Żydzie, którego umiejętności bokserskie okazały się szansą na przeżycie w obozie koncentracyjnym Auschwitz Birkenau. Jak podkreślał Chris Niedenthal, chociaż robił zdjęcia podniosłych wydarzeń albo znanym politykom, to właśnie normalni, przypadkowi ludzie mają najpiękniejsze i najbardziej autentyczne twarze.

W zdjęciach Niedenthala nie brakuje atmosfery czarnego humoru, czasem absurdu, a czasem idealnie uchwyconych momentów codziennej, szarej rzeczywistości. Uśmiech na twarzach gości wczorajszego spotkania wywołało m.in. zdjęcie z fabryki "leninów" spod Moskwy, gdzie gipsowym popiersiom Władimira Iljicza Uljanowa towarzyszą ogrodowe krasnale.

Opinie (9) 1 zablokowana

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najnowsze artykuły

wydarzenia