wiadomości - Ludzie

stat

Basia Ritz: lubię smakować życie

Zwyciężczyni pierwszej edycji programu "Masterchef", Basia Ritz, wróciła do Gdańska i szykuje się do otwarcia własnej restauracji "Ritz".
Zwyciężczyni pierwszej edycji programu "Masterchef", Basia Ritz, wróciła do Gdańska i szykuje się do otwarcia własnej restauracji "Ritz". Fot. Joanna Kurkowska/trojmiasto.pl

Zwyciężczyni pierwszej edycji programu Masterchef, Basia Ritz po 25 latach spędzonych w Niemczech wróciła do rodzinnego Gdańska, by otworzyć restaurację. W "Kobiecej gardzie" rozmawiamy o smakach dzieciństwa, gotowaniu i drodze, jaką musiała pokonać, by zrealizować swoje marzenie.



Marta Nicgorska: Pieprz czy wanilia?

Basia Ritz: Pieprz!

W kuchni ostro. W życiu też?

Bywam ostra, tak przynajmniej twierdzą ci, co mnie znają. Nie dam sobie w kaszę dmuchać.

Z mężem często idzie pani na noże?

Nie, jesteśmy jak dwa gołąbki (śmiech).

W sosie pomidorowym?

Niekoniecznie. Raczej czekoladowym. Czekolada to składnik wielu moich sosów.

Lubi pani słodkie?

Uwielbiam! Ale raczej jeść niż przygotowywać. Może dlatego, że ciasto musi powstać ze składników w odpowiednich proporcjach a ja w kuchni rzadko przyrządzam coś według przepisu. Gotuję z głowy.

Chyba z głową

To już nie mnie oceniać, ale rodzina, przyjaciele, znajomi są zawsze zadowoleni. (śmiech)

Pani mąż jest Niemcem. Do jego serca trafiła pani przez żołądek?

Nie od razu. Na randki chodziliśmy do restauracji, więc Uli poznał mnie od kuchni dopiero po kilku miesiącach znajomości.

A wpuszcza pani męża czasem do kuchni?

Nawet często. Żeby umył gary i sprzątnął po mnie bałagan. Taki pomocnik to bardzo ważna funkcja. Mówię poważnie!

Co najlepiej gotująca kobieta w Polsce porabia w Gdańsku?

Urządzam się i szykuję do otwarcia swojej restauracji. Obiecałam publicznie w programie "Masterchef", że jak wygram, to wrócę do Gdańska. Tu mieszka moja rodzina, stąd pochodzę. To taki powrót do korzeni. Właśnie spełnia się moje marzenie.

Kiedy otwarcie?

Mam nadzieję, że pierwszych gości uda mi się przyjąć w maju. Na razie mam ręce pełne roboty. Lokal przy ul. Szafarnia zmienia się w oczach. Prace idą pełną parą. W organizowaniu restauracji wspiera mnie Agnieszka Sulikowska, która będzie managerem. Poznałyśmy się w Gdyni na precastingu do "Masterchefa". Zachwyciła się moimi przegrzebkami, a ja jej konfiturą z papryki. Tak zaczęła się nasza przyjaźń.

A to nie mąż miał wziąć restaurację w swoje ręce?

Mąż przeprowadzi się do Gdańska może za pół roku. Wszystko musimy sobie od nowa poukładać. Na razie Uli organizuje swoje zawodowe sprawy tak, żeby móc z Polski koordynować pracę kancelarii. Uli zajmuje się przestępstwami gospodarczymi i będzie prowadził sprawy zdalnie. Nie mówi po polsku, więc miałabym z niego marny pożytek w rozkręcaniu lokalu. Na razie wynajęłam mieszkanie i jestem bardzo zaabsorbowana aranżowaniem wnętrza, zakupami do restauracji, budowaniem biznesowych relacji choćby z dostawcami ekologicznych produktów.

To będzie restauracja de luxe?

Nie mam takich aspiracji. To ma być ciepły, przyjemny lokal z moją autorską kuchnią. Coś między tawerną a bistro. Drewniane stoły i krzesła i koniecznie materiałowe serwetki. Marzyła mi się otwarta kuchnia, ale niestety strop jest zbyt niski i nie udałoby się zainstalować odpowiedniej wentylacji, która zapewniłaby czyste, bezzapachowe powietrze. Zmieniłam więc koncepcję. Lokal jest przestronny i ma najcudowniejszy w Gdańsku widok - na marinę, Żuraw, Wyspę Spichrzów, Długie Pobrzeże, Główne Miasto.



W Niemczech spędziła pani 25 lat i żyła jak pączek w maśle. Nowa knajpa, i to poza ścisłym centrum, to dość ryzykowne przedsięwzięcie.

Mam nadzieję, że moja restauracja przyczyni się do ożywienia tej części miasta. Przecież tu jest pięknie! To miejsce ma olbrzymi potencjał. Sąsiednia Brovarnia nie narzeka na brak klientów, więc wierzę, że i ja będę miała wielu stałych i sezonowych gości.

Nazwa "Ritz" będzie z pewnością przyciągać. Nie miała pani problemu z zarejestrowaniem restauracji? Przecież ta nazwa należy do sieci hotelowej i jest opatentowana.

Mogę użyć nazwy "Ritz" bo to moje nazwisko. Sprawdziłam dokładnie pod kątem prawnym. Co do rejestrowania działalności, to na temat formalnej drogi, którą musiałam pokonać, mogłabym napisać kilkutomową książkę. Chciałam założyć lokal na siebie i okazało się to bardzo skomplikowane. Nie miałam dowodu osobistego ani dokumentu potwierdzającego polskie obywatelstwo. Wyszłam za mąż za Niemca, ślub odbył się w Las Vegas, zameldowana byłam w Niemczech. Zanim uporządkowałam wszystkie kwestie, zanim otrzymałam właściwe papiery, upłynęło kilka miesięcy. Gotowałam się, ale nie byłam w stanie przyspieszyć...

Niezły bigos... (śmiech)

Te formalności strasznie się ciągnęły, ale wierzę, że najtrudniejsze już za mną. Kiedy sprawy formalne toczyły się swoim tempem, nie spoczywałam na laurach, lecz rozwijałam kilka kulinarnych projektów i zdobywałam doświadczenie. Udział w programie "Masterchef" pokazał mi, że mam pojęcie o gotowaniu, ale nie dał mi wiedzy, jak wykorzystać ten talent. Zdawałam sobie sprawę, że restauracja to biznes, i że nie mam pojęcia, jak to wszystko zorganizować. Postanowiłam więc, że odbędę staż w restauracjach w Kolonii, aby przygotować się do założenia działalności i pracy u siebie.

Z fartuchem Masterchefa ubiegała się pani o staż?

Oczywiście! (śmiech) Zwycięstwo w programie nie miało jednak decydującego wpływu na to, że mnie przyjęto. Nie wstydzę się tego, że pracowałam w dwóch prestiżowych lokalach, przechodząc wszystkie możliwe szczeble - od pomywacza podłóg, przez zmywacza naczyń, aż do kucharza. Bez tego doświadczenia, nawet z tytułem Masterchefa, nie odważyłabym się otworzyć własnego lokalu. Oprócz tego spędziłam ten rok bardzo intensywnie: wydałam moją drugą książkę "Dom pełen smaku", nagrałam swój autorski program kulinarny, prowadzę bloga "Kulinarna Mekka", od którego zaczęła się moja przygoda. Odpisuję fanom codziennie na dziesiątki listów, ponieważ sama prowadzę własny fanpage. To chyba dużo jak na jeden rok?

Rzeczywiście intensywnie spędzony czas. A niektórzy myśleli, że przejadła pani nagrodę finansową za zwycięstwo w programie i straciła apetyt na własny lokal.

Nie straciłam apetytu ani na lokal, ani na życie. (śmiech) Pieniędzy nie skonsumowałam. Te 100 tysięcy jest znaczącą cegiełką w budowie restauracji i mam nadzieję - dobrą inwestycją. To jednak kropla w morzu potrzeb.

Dwukrotnie tytuł polskiego Masterchefa zdobyła kobieta. W luksusowych lokalach niewiele kobiet zajmuje stanowisko szefa kuchni. Czy to pani zdaniem stereotyp, że faceci potrafią lepiej gotować?

Według mnie to jakiś mit. Jest mniej kobiet w branży gastronomicznej, bo to ciężki fizyczny zawód, naprawdę trudna praca, w ukropie, pod presją czasu, gdzie wiele godzin spędza się na nogach. Kobiety nie różnią się od mężczyzn kubkami smakowymi. Gotowanie to pasja, kwestia indywidualnych predyspozycji i upodobań, talentu, zainteresowań a nie płci.

Będzie pani osobiście gotować we własnym lokalu?

Oczywiście! Ale planuję zatrudnić jeszcze dwóch kucharzy. Poza tym fajny lokal nie jest zasługą tylko szefa kuchni, ale całego zespołu. Kelnerzy to nie wydawacze posiłków, ale wizytówka lokalu, muszą umieć nawiązać kontakt z klientem, doradzić, porozmawiać i mieć sporą wiedzę. Osoby na zapleczu też są niesłychanie ważne - nie wyobrażam sobie zatrudniać osób, które na odwal myją sztućce czy szkło.

Jakie specjały będzie pani serwować?

Na razie nie chcę zdradzać pomysłów. Ale obiecuję, że będzie zdrowo i smacznie. Jesteśmy nad morzem, więc na pewno nie zabraknie ryb. Karta będzie krótka, menu ma się często zmieniać. Na niespodzianki kulinarne trzeba jeszcze chwilę poczekać.

Wracając do smaków... Co jest dla pani absolutnym hitem?

Świeży chleb z masłem i serem.

Nie wierzę.

Naprawdę! Uwielbiam taką kanapkę. A tak generalnie jem wszystko, nie marudzę, nie wybrzydzam. Ja po prostu lubię jeść.

Fast foody też?

Od czasu do czasu zjem i hamburgera, i frytki. Niczego sobie nie żałuję.

Nie widać. (śmiech) A jest coś, czego by pani nie przełknęła? Robaki? Czarna polewka? Bycze jądra?

Robaki i insekty próbowałam, ale się nimi nie zachwycam. Mają wprawdzie dużo białka i mogą stanowić przysmak, a la chipsy, ale ja się nimi nie zajadam. Wole tradycyjne przekąski. Bycze jądra zjem, choć na pewno nie będą w moim stałym menu. Uważam, że wszystkiego trzeba próbować. Tak mnie wychował tata. Nauczył mnie, żebym nie uprzedzała się do jedzenia bez posmakowania. Więc degustowałam i degustuję różne dziwne rzeczy. Piłam na przykład krew węża. Przyznam jednak, że do spróbowania rybich oczu nie byłam w stanie się przekonać. Lubię smakować nowe potrawy, ale jeszcze bardziej lubię smakować życie. (śmiech)

Do czego ma pani słabość? Za jaki smak dałaby się pani kroić?

Słabość mam do truskawek w czekoladzie. To zestaw, jakiego nie może zabraknąć z okazji walentynek. A pokroić dałabym się za smaki dzieciństwa. Jako dziecko uwielbiałam zupę szczawiową.

A pamięta pani swoją największą kulinarną porażkę? Przypalony kotlet lub ciasto zakalec?

Zanim nauczyłam się robić makaroniki wyrzuciłam chyba trzy blachy. Porażką był dla mnie deser w programie Masterchef. To był pierwszy odcinek, stres był tak ogromny, że nie wpadłam na nic bardziej oryginalnego. Chwyciłam w biegu w spiżarni kilka najprostszych produktów, o mały włos "nie zabijając" kolegi mikserem, i przystąpiłam do przygotowania musu czekoladowego. Potem się okazało, że na ten genialny pomysł wpadła większość uczestników. (śmiech)

Nie było tak źle, skoro przeszła pani do kolejnego odcinka.

Na szczęście okazało się, że jednak mój mus nie był najgorszy. (śmiech)

Czuła się pani faworytką w programie?

Absolutnie nie.

Więc ostateczny werdykt był zaskoczeniem?

Wielkim! Długo nie mogło to do mnie dotrzeć. Moje życie od tamtej chwili zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni, ale woda sodowa nie uderzyła mi do głowy. Poza tym jestem normalną babką. I Basią, nie Barbarą!

A marzenia?

Kto ich nie ma... Chciałabym wybrać się w podróż dookoła świata. Statkiem. Ale póki co jestem szczęśliwa, że realizuję swoje marzenia kulinarne.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (61)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
13.10.2017 wprowadzono zmiany w regulaminie.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Najnowsze artykuły

wydarzenia